60344058_2292368844163570_5421413673006530560_n

Gość bloga – Karolina Kuszlewicz

„Ile jest warte życie krowy? Całe Życie! Czyli wszystko. Cały świat w jednym życiu” – napisała niedawno i myślę, że te słowa oddają cały sens jej pracy i zaangażowania. Dziś na moim blogu goszczę niezwykłą osobę – adwokatkę Karolinę Kuszlewicz, rzeczniczkę ds. ochrony zwierząt w Polskim Towarzystwie Etycznym.

Gabriela Morawska-Stanecka: Kiedy myślę o Tobie, przychodzi mi do głowy Simona Kossak. Twój dom rodzinny był przyjazny naturze, zwierzętom? To stamtąd wyniosłaś tę wrażliwość na ich los?

Karolina Kuszlewicz: Tak, dokładnie stamtąd. W moim rodzinnym domu było tak dużo wrażliwości, że myślę sobie czasem, że to u nas genetyczne. Zresztą potwierdzają to już badania naukowe z zakresu psychologii i psychiatrii, wskazujące na istnienie genu tzw. wysokiej wrażliwości. To, co kiedyś było moją słabością, pewna nadwrażliwość na otaczający świat i krzywdę, która się dzieje, dziś jest moją siłą. Dzięki niej nie tylko działam w imieniu zwierząt i przyrody, które tak często stają się ofiarami opresji i ekspansji człowieka, ale także świetnie radzę sobie w negocjacjach i mediacji. Nie dalej niż wczoraj (16 maja) występowałam jako obrończyni pewnej dziewczyny w procesie karnym, w którym obok narzędzi prawnych, sięgnęłam właśnie do głębokiej wrażliwości. Nazwałam w tym procesie cierpienie obu stron,
i z pokorą oraz szacunkiem wskazałam, że każdej z nich należy się zrozumienie oraz, że moim zdaniem jest tylko jedyne wyjście, by wzajemne poczucie krzywdy się wreszcie zagoiło – pojednanie, oparte na otwarciu na cierpienie drugiej strony. I to się faktycznie zdarzyło, strony się pojednały, a wszyscy na sali byliśmy wzruszeni i też w pewnym stopni zaskoczeni, że to głębokie odczuwanie może być również obecne na sali sądowej.

A co do Simony – dziękuję Ci, Gabrysiu za to porównanie. To dla mnie zaszczyt. O Simonie mówię jako o swojej mentalnej matce, choć nigdy się nie poznałyśmy. Czasem tak jednak jest, że masz z kimś połączenie, nawet jeśli fizycznie Wasze drogi się nie zeszły. Simona była …no właśnie – kim była Simona? Była naukowczynią, ale i osobą o artystycznej wrażliwości (była z tych Kossaków, wielkich polskich malarzy), ale przede wszystkim była zmieniaczką świata. Pokazywała, że życie każdej istoty ma znaczenie, że każde zwierzę ma swoją osobowość i swoje indywidualne prawo do życia.

G.M-S: Wybrałaś prawo, bo chciałaś pomagać zwierzętom, czy chęć zawodowego zajmowania się ochroną zwierząt w prawie przyszła do Ciebie później? 

K.K: Gdyby nie zwierzęta, nie zostałabym prawniczką. Bardzo lubię mój zawód i cieszę się, że poszłam taką drogą, ale prawda jest taka, że początkowo podchodziłam zarówno do studiów prawniczych, jak i do zdobywania zawodu adwokatki, bardzo użytkowo. Chciałam mieć narzędzia do twardej, konkretnej walki
o prawa zwierząt. Potem przyszło do mnie również to, że prawo samo w sobie jest fascynującą dziedziną. Myśl, która prowadzi mnie przez moją pracę, brzmi: prawo, jak sztuka, jest opowieścią o człowieku. Pokazuje bowiem o nas bardzo wiele. Nasze pragnienia, lęki, uprzedzenia, punkty, które dają poczucie bezpieczeństwa, nasze wartości, frustracje i marzenia. Prawa zwierząt mocno o tym świadczą, każą zadawać pytanie o moralny punkt, w którym znajdujemy się jako społeczeństwo. Jak to jest, że karalne jest trzymanie psa całe dnie na łańcuchu, a jednocześnie dozwolone prawem jest trzymanie lisów w klatach
o powierzchni podłogi 0,6 m2? Jak to jest, że karalne jest przerabianie psów na smalec, a obdzieranie lisów ze skóry na futra jest ok? Jak to jest, że zakazane jest trzymanie ryb bez wody, a sklepy wciąż próbują tworzyć interpretacje, uznające, że ryby oddychają przez skórę? (sic!). Jak to jest, że zabroniona jest działalność menażerii objazdowych ze zwierzętami, a dozwolone – cyrki, wykorzystujące zwierzęta?
W końcu, jak to jest, kiedy organ administracji publicznej pisze w swojej decyzji „przedmiotowe zwierzęta”? Przedmiotowe może być postępowanie, a nie zwierzę! Te wszystkie pytania stawiam sobie oraz sądom, kiedy prowadzę sprawy w imieniu zwierząt. Wierzę, że w ten sposób poszerzamy wrażliwość w prawie. Przepis to nie tylko jednostka redakcyjna, lecz cały pakiet wartości, który się w niej mieści. I to od nas zależy, na jakie wartości jesteśmy gotowi.

G.M-S: Dziś świadomość dotycząc praw zwierząt i ich ochrony jest chyba dużo wyższa niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu? Widzisz zmiany na lepsze? 

K.K: Widzę duże zmiany. Oczywiście wciąż mam mnóstwo zastrzeżeń do pracy organów ścigania, administracji, a także sądów, choć do tych ostatnich – coraz mniej. Ewidentnie widać gotowość wymiaru sprawiedliwości na prawa zwierząt. Wspomnę chociaż niedawny, niesamowity i piękny projekt Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” z okazji Dnia Edukacji Prawnej. Tworzyłam go wspólnie
z sędziami. Był to proces wilka z Czerwonego Kapturka, publicznością były dzieci z całej Polski, my pełnomocnicy i sędziowie – byliśmy zawodowcami, zaś nasi klienci – czyli zwierzęta, grane były przez aktorów. Ja byłam obrończynią wilka, w rolę którego wcielił się wspaniały Jerzy Radziwiłłowicz („Człowiek
z marmuru”). Chcieliśmy raz jeszcze na swój sposób opowiedzieć dzieciom historię wilka i Czerwonego Kapturka, pokazując, że wilk wcale nie chciał i nie pożarł babci i Kapturka, lecz przekonanie, że wilk jest winny wynikało z uprzedzeń i sterotypów wobec wilków jako złych krwiożerczych zwierząt. Oczywiście to proces inscenizowany, ale … odbywał się w budynku Sądu Najwyższego. Na ścianie za stołem sędziowskim dumnie wisiało godło Polski, a po obu jego stronach wyświetlane były slajdy z Puszczy z wilkami. I wtedy pomyślałam sobie, że dzieje się rzecz przełomowa. Oto w gmachu Sądu Najwyższego mówimy o prawach zwierząt, o prawach przyrody i pokazujemy, że są to wartości o znaczeniu pryncypialnym.

Zmienia się dużo, choć wciąż dużo jest do zmiany, np. problemem nagminnego umarzania postępowań przez policję w sprawach przestępstw z ustawy o ochronie zwierząt. Statystyki wskazują, ze jedynie ok. 20% rejestrowanych spraw trafia do sądów, reszta kończy się umorzeniem albo odmową wszczęcia, przy czym w wielu przypadkach ten sposób zakończenia postępowania jest błędny – tak wynika z mojego doświadczenia. Brakuje odpowiedzialności państwa za te sprawy, dlatego postuluję utworzenie urzędu rzecznika/czki ds. ochrony zwierząt na szczeblu państwowym.

G.M-S: Ty sama budujesz tę świadomość poprzez swój blog – wimieniuzwierzat.com. Tutaj głos mają
i karpie, i dziki, i krowy i każda istota, która nie jest rzeczą i w świetle prawa również nie powinna nią być.

K.K: Ten blog powstał właśnie, by dzielić się wiedzą, którą zdobywam na kanwie poszczególnych spraw. Stał się jednak czymś więcej niż przestrzenią edukacyjną. Mam poczucie, że tak bardzo brakowało stałego prawniczego i publicznego głosu po stronie, że blog „W  imieniu zwierząt” stał się także miejscem opiniotwórczym. Zabieram w nim głos w bieżących sprawach związanych z ochroną zwierząt, zarówno tych towarzyszących, jak i tradycyjnie wykorzystywanych jako produkty – zwierząt hodowanych na futra, zwierząt wykorzystywanych w przemyśle mleczarskim, zwierząt przerabianych na mięso. Szczególnie interesuje mnie również sytuacja zwierząt dzikich, bo one również podlegają ochronie z ustawy o ochronie zwierząt i znęcanie się nad nimi także jest przestępstwem, tymczasem mam poczucie, że są to zwierzęta zupełnie pominięte w ramach ochrony przed cierpieniem. Zaczynam właśnie trduną sprawę, związaną
z uśmierceniem prawie 5 milionów ryb na tamie we Włocławku w związku z manipulacją przepływem wody na Wiśle. 5 milionów ryb – to nie tylko masowa strata przyrodnicza, ale indywidualne cierpienie każdej istoty z tych milionów. O ich prawa powalczę w imieniu Fundacji Greenmind. 

G.M-S: Gdzie przede wszystkim dostrzegasz konieczność zmian legislacyjnych?

K.K: Uważam, że dziś w Polsce nie mamy systemu ochrony zwierząt. Ustawa o ochronie zwierząt, dobrze, że jest, ale jest niekompatybilna z innymi aktami prawnymi albo inaczej – inne akty prawne nie uwzględniają w ogóle tego, że zwierzęta mają swoje prawa, przede wszystkim do życia i ochrony przed cierpieniem. Ale stworzenie systemu ochrony zwierząt, jako swoistej nowej gałęzi prawa, to projekt na lata, choć jak najbardziej możliwy do wykonania i moim zdaniem – to naturalna konsekwencja rozwoju prawodawstwa.

Na dziś z kolei, gdybym miała mówić o zmianach w przepisach obowiązujących, chciałabym pilnego zakazu hodowli zwierząt na futra i wprowadzenia moratorium na strzelanie do ptaków – to z przepisów materialnych. Z kolei jeśli chodzi o kwestie proceduralne, uważam, że pilną potrzebą jest wzmocnienie instytucjonalnej reprezentacji zwierząt poprzez np. utworzenie publicznej służby ds. ochrony zwierząt. Inspekcja Weterynaryjna nie jest do tego właściwym organem. 

G.M-S: Dzięki Tobie od września ubiegłego roku zwierzęta w Polsce mają swoją rzeczniczkę także formalnie. Co udało się zrobić przez tych kilka miesięcy i jakie wyzwania przed Tobą?

K.K: Nie tylko dzięki mnie (śmiech). To zasługa całej grupy osób, w szczególności Polskiego Towarzystwa Etycznego. Ale to prawda, pełnię od połowy zeszłego roku funkcję rzeczniczki do spraw ochrony zwierząt
w PTE. Myślę, że przez ten rok udało nam się zrobić wiele, biorąc pod uwagę, że nie mamy żadnego wsparcia Państwa w tym zakresie. Aktywnie walczyliśmy o dziki, o karpie – znamienne jest to, że w 2018 r. Główny Lekarz Weterynarii zaprzestał wydawania tych kuriozalnych wytycznych, wskazujących że karpie można nosić bez wody, bo oddychają przez skórę, aktualnie zaś – walczymy o życie 185 krów z Deszczna. Inspekcja Weterynaryjna wydała decyzję o ich zabiciu, ponieważ właściciel zaniedbał ich znakowania. Nie można zatem potwierdzić autentyczności pochodzenia tych zwierząt. Stoimy jednak na twardym stanowisku, że to zdecydowanie za słaby argument, by zabijać, odbierać życie tym zwierzętom. Doprowadziliśmy do spotkania z Główny Lekarzem Weterynarii, nasze zaangażowanie na pewno spowodowało wstrzymanie wykonania tej nieszczęsnej decyzji o zabiciu krów i walczymy dalej
o wypracowanie alternatywnej ścieżki, z poszanowaniem prawa do życia tych zwierząt. W zeszłym tygodniu z kolei odbyła się pod moim matronatem pierwsza w historii konferencja „Rzecznictwo w imieniu zwierząt i przyrody”. Przez ten rok udało nam się zaszczepić ideę rzecznictwa i będziemy dążyć do jej ustawowego umocowania. Innym strategicznie ważnym naszym celem długoterminowym jest wprowadzenie ochrony zwierząt do Konstytucji, by życie zwierząt zaczęło mieć wreszcie równorzędną wartość jak np. prawo do uzewnętrzniania religii – bez tego ubój rytualny, czyli podrzynanie zwierzętom gardeł „na żywca”, wciąż będzie się odbywał. 

G.M-S: Gdybyś nie była prawniczką, czym chciałabyś się zajmować? 

K.K: Chciałabym być antropolożką kulturową i pisarką. Tą pierwszą jestem bardzo hobbystycznie, ale kiedyś nawet studiowałam orientalistykę starożytną. Tak jak mówiłam na początku – fascynuje mnie człowiek, w całej swojej złożoności, w całym pięknie oraz okrucieństwie, które w sobie nosi. To wszystko jest częścią życia. Pisarką trochę jestem, na swój sposób, właśnie kończę książkę o prawach zwierząt, kolejne trzy już w planach. Im jestem starsza, tym mniejsze mam przywiązanie do tego, że zawód cokolwiek definiuje. Uważam, że jedynym co mnie rzeczywiście określa to korzeń wartości, a wśród nich najważniejsza dotyczy tego, że każda istota ma prawo do życia. 

G.M-S: Czy jako weganka mogłabyś zainspirować czytelniczki i czytelników mojego bloga jakimś sprawdzonym przepisem?

K.K: Aktualnie zapraszam na spacer po majową pokrzywę. To życiodajna, bardzo wzmacniająca roślina, co zresztą doskonale widać po wynikach krwi, które „na pokrzywie” poprawiają się w ciągu kilku tygodni. Polecam np. sałatkę z pokrzywą, surową (uśmiech), wystarczy ją przelać gorącą wodą, by nie parzyła. Liście nabiorą łagodności, następnie je kroimy na małe kawałki, mieszamy z pokrojoną rukolą lub inną rośliną z rodziny sałatowatych. Dodajemy świeżą rzodkiewkę, podsmażoną marchewkę i cukinię (może być na nierafinowanym oleju kokosowym), suszone pomidory i pokruszone orzechy włoskie oraz ziarna słonecznika. Skraplamy deepem z oliwy i musztardy. I mamy pyszną wiosenną sałatkę mocy!

G.M-S: Bardzo dziękuję za rozmowę. 

Fot. Bartek Staszewski
Fot. na sali sądowej – Klaudia Konsaala 

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on print
Share on email

o autorce:

Gabriela Morawska-Stanecka

Gabriela Morawska-Stanecka

Adwokatka, działaczka społeczna, feministka, od zawsze zaangażowana w sprawy kobiet. Poprzez stronę My Kobiety i Prawo tłumaczy, jak ważne jest prawo, zarówno w codziennym życiu, jak i w walce o równość płci. Prywatnie matka dwóch córek oraz właścicielka Szanty i Froda – czekoladowych cocker spanieli angielskich.
Gabriela Morawska-Stanecka

Gabriela Morawska-Stanecka

Adwokatka, działaczka społeczna, feministka, od zawsze zaangażowana w sprawy kobiet. Poprzez stronę My Kobiety i Prawo tłumaczy, jak ważne jest prawo, zarówno w codziennym życiu, jak i w walce o równość płci. Prywatnie matka dwóch córek oraz właścicielka Szanty i Froda – czekoladowych cocker spanieli angielskich.

Dodaj komentarz

Close Menu