z24586912V,Gabriela-Morawska-Stanecka--wiceprzewodniczaca-Wio

„O czym można rozmawiać z kobietą?” – o polityce i Wiośnie Roberta Biedronia w wywiadzie dla Gazety Wyborczej

Zawsze byłam przywódczynią, hersztem podwórkowej bandy, potem zuchem, harcerką, przyboczną, drużynową. Byłam liderką, a jednak nie miałam odwagi zająć się polityką – wspominam w rozmowie z redaktorami Gazety Wyborczej – Dariuszem Kortko i Przemysławem Jedleckim. Dzisiaj jestem wiceprzewodniczącą Wiosny.

Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca partii Wiosna:
Koleżanki, które już wcześniej działały w polityce, mówiły, że dziennikarze nie zauważają kobiet, że są one dla nich niewidzialne. Pewnie sądzą, że kobieta nie ma nic mądrego do powiedzenia. Bo o czym można rozmawiać z kobietą?

Przemysław Jedlecki, Dariusz Kortko: O polityce?

– Hmm… Dziennikarze wielokrotnie stawiali zarzut Robertowi Biedroniowi, że wokół niego nie ma kobiet. Zaprzeczał, wymieniał nazwiska, polecał mnie, Paulinę Piechnę. Odpowiadali: Aaa… z nimi to nie chcemy rozmawiać.

Ale podczas konwencji w Katowicach…

 

Dlaczego postanowiła pani zająć się polityką?

– Wkurzyłam się. Był lipiec 2017 roku, wieczory spędzałam na progu Sądu Okręgowego w Katowicach.

Jako zwykła obywatelka.

– Prawniczka. Wcześniej zaangażowałam się w KOD, organizatorzy demonstracji poprosili, żebym podczas protestów powiedziała coś do ludzi. Mieli z tym kłopot, bo nie było wielu chętnych.

Zauważyłam, że ludzie się boją. Moja znajoma stwierdziła, że bardzo chętnie poszliby
z mężem na demonstrację, ale on pracuje w spółce skarbu państwa i jakby go tam ktoś sfotografował, pewnie straciłby pracę.

Pomyślałam sobie, że zaczyna być jak w komunie – wtedy ludzie też się bali. Na to nie ma mojej zgody. Przyjechałam do domu i ustaliliśmy z mężem, że coś trzeba z tym zrobić.

Co?

– Coś. Wtedy wiedziałam tylko, że po 28 latach znowu trzeba się ruszyć.

Wcześniej polityka pani nie obchodziła?

– Wręcz przeciwnie! Polityką interesuję się od zawsze. Zostałam wychowana w duchu niepodległościowym. Mój wuj był internowany w stanie wojennym, SB przeszukiwała nasz dom. Studiowałam prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, brałam udział w strajkach studenckich
w końcówce lat 80., chodziłam na demonstracje. Byłam bardzo zaangażowana.

Ale…

– Byłam na trzecim roku studiów, kiedy wszystko się odmieniło. Opozycja wygrała wybory 4 czerwca. Pamiętam, jak się ludzie cieszyli, ile było entuzjazmu. Miałam 21 lat i wielką nadzieję, że zbudujemy Polskę marzeń. Wierzyłam, że teraz nasza kolej, wszystkie ręce na pokład, musimy ciężko pracować, żeby zbudować kraj od nowa.

Brzmi nieco naiwnie.

– Ale tak było! W 1991 roku skończyłam studia, prawnicy byli bardzo poszukiwani. Brakowało takich, którzy znaliby się np. na kodeksie handlowym. A ja byłam pierwszym rocznikiem na UJ, który się tego uczył. Zdałam egzamin radcowski, założyłam swoją kancelarię. Rzuciłam się w wir pracy.

I zapomniała pani o polityce.

– Skądże! Obserwowałam, czytałam, oglądałam, analizowałam. Emocjonowałam się polityką. Ja jestem zwierzęciem politycznym, chyba nie mogłabym bez niej żyć.

Ale trzymała się pani od niej z daleka.

– Dziwne, bo zawsze byłam przywódczynią, hersztem podwórkowej bandy, potem zuchem, harcerką, przyboczną, drużynową. Byłam liderką, a jednak nie miałam odwagi zająć się polityką. Może to wynik kompleksów?

Jak to?

– Jestem dziewczyną z prowincji, ze Szczyrku. Dzieci z takich małych miejscowości są w jakimś sensie wykluczone. W mojej klasie uczyło się 35 osób, tylko kilka zdobyło dyplomy wyższych uczelni. A przecież nie znaczy to, że te inne dzieci nie były zdolne. Ale żeby skończyć liceum, trzeba było jeździć do Bielska-Białej. Niby niedaleko, tylko 14 kilometrów autobusem, pobudka o 5.30 rano. A w bielskim liceum też nie było różowo.

Dziewczyna ze Szczyrku mogła się czuć wykluczona ze społeczności klasowej. Ci z Bielska spotykali popołudniami, wieczorami chodzili do kina, teatru. Ja nie mogłam, bo ostatni autobus do Szczyrku odchodził o godz. 21.

Na studiach też były dwa światy. Krakusi trzymali się razem, a przyjezdni, którzy mieszkali w akademikach, toczyli osobne życie.

I tylko tyle?

– Może aż tyle. Mój kompleks dziewczyny z małej miejscowości wciąż się ujawniał. Kazał myśleć: kim ty jesteś, żeby myśleć o polityce? Zobacz, jacy tam są ludzie, jakie nazwiska. Mazowiecki, Skubiszewski, Kuroń. Legendy! Do pięt im nie dorastasz, nawet o tym nie myśl. Zajmij się tym, co jest w twoim zasięgu. Weź się za prawo.

Jak się wchodzi w politykę?

– Powoli. 30 sierpnia 2017 r. pojechałam do Gdańska na rocznicę podpisania porozumień. Odbywały się tam różne imprezy. Spotkałam tam Roberta Biedronia i Barbarę Nowacką. Robert napisał mi dedykację
w swojej książce „Pod prąd”.

I już?

– I tyle. Wydał mi się bardzo otwartą osoba, ciepłą.

Nie myślała pani o Platformie?

– Nie, choć kilka razy na nich głosowałam. Zawiedli mnie.

Czym?

– Barbara Blida była klientką mojej kancelarii. Bardzo przeżyłam jej śmierć. W 2007 roku zagłosowałam na PO. Obiecywali, że rozliczą PiS, a oni zostawili na stanowisku koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego! Nie postawili Ziobry przed Trybunałem Stanu, nie posprzątali tego bałaganu.

Tylko to?

– Mało!? No to weźmy związki partnerskie. Donald Tusk obiecywał zmianę prawa. Ale wolał mariaż
z episkopatem. Nie mam nic przeciwko Kościołowi, ale uważam, że jego rola w państwie jest zbyt wielka. Kościół może krzewić wiarę, opowiadać o swojej wizji świata, ale jeśli zaczyna dyktować politykom, co mają robić, jak ma wyglądać prawo w tym kraju, to jest przegięcie.

To na kogo pani głosowała w 2015?

– Na Nowoczesną. Ta partia zaproponowała mi nawet start w ostatnich wyborach samorządowych, ale odmówiłam. Byłam już związana z tworzącym się ugrupowaniem Roberta Biedronia.

Nie powiedziała nam pani jeszcze, jak do tego doszło.

– Musimy wrócić do Gdańska, gdzie poznałam Roberta i Barbarę Nowacką. Zaangażowałam się również
w ruchy kobiece, współorganizowałam w Katowicach „czarny protest” i Kongres Kobiet, pojechałam na Przystanek Woodstock, udzielałam się w zespole do spraw kobiet przy Naczelnej Radzie Adwokackiej. Spotykałam tę dwójkę w różnych miejscach. W lutym zeszłego roku Barbara Nowacka zorganizowała spotkanie w kinie Palladium w Warszawie. Trzeba się było zapisać przez internet. Wygłosiła przemówienie, ale potem patrzyła na ludzi, jakby była za szybą. Nieobecna. Po spotkaniu wszyscy uczestnicy dostali mejla: Czy chcesz się zaangażować? Napisz, co ci się podobało, a co nie. Napisałam kilka stron, nikt mi nie odpowiedział. Już wiedziałam, że nic z tego nie będzie.

Ale 17 marca 2018 roku Kongres Kobiet odbywał się w Słupsku. Pamiętam dokładnie datę, bo wtedy skończyłam 50 lat. Oczywiście był tam Robert.

Czym panią ujął?

– Empatią, wrażliwością na sprawy społeczne, ciepłym stosunkiem do ludzi. Gdziekolwiek wchodzi, wita się ze wszystkimi.

Podstawy politycznego PR.

– O nie, to nie jest PR. On jest taki naprawdę.

Jaki?

– Jako prawniczka pracowałam z politykami, znam ich dobrze. Przed wieloma ludzie rozkładają czerwone dywany, otwierają im drzwi, sypią konfetti na głowy. A oni to uwielbiają! Widziałam to nie na wiecach, ale w sytuacjach kameralnych, zawodowych. Oni tego wręcz oczekiwali! Władza, splendor, rozdmuchane ego.

Jaka jest gwarancja, że Biedroń oprze się pokusom?

– Wierzę, że się oprze, bo już był w parlamencie, już to przeżył i zobaczył, co się dzieje z ludźmi. Na jednym ze spotkań powiedział, że jak zostaniemy posłami, niektórym może odbić palma. I że trzeba ciężko nad sobą pracować, żeby się temu przeciwstawić. Będzie źle, jeśli człowiek zacznie myśleć, że jest lepszy od innych. Robert ma już ten etap za sobą. A gdyby jednak palma mu odbiła, kopniemy go w tyłek.

Skoro Robert Biedroń jest taki otwarty, to dlaczego banuje dziennikarzy na Twitterze?

– Robię dokładnie to samo. Mój Twitter, mój profil, mój Facebook. To jest moja strefa prywatności.

Jaka strefa prywatności? To są publiczne wpisy polityka.

– Ale nie można pozwolić na mowę nienawiści. Nawet na publicznym profilu trzeba z tym walczyć,
i dlatego Robert to robi.

Gdzie mowa nienawiści w pytaniu: „Panie Robercie, skąd pieniądze na konwencję?”

– Myślę, że to nie było pierwsze pytanie, ale kolejne. Nikt nie słucha wyjaśnień, tylko w kółko zadaje pytanie o pieniądze na konwencję. Widziałam te wpisy, nie były miłe.

O kandydatach na posłów do Parlamentu Europejskiego sam mówi, że to „leśne dziadki na płatnych wczasach”.

– Parlament Europejski nie powinien być nagrodą za wierną służbę dla partii. Tam jest ogromna praca do wykonania. Projekt europejski potrzebuje odrodzenia, aby przeciwstawić się narastającej fali populizmu
i wstrząsom współczesnego świata. Dlatego powinni tam iść ludzie młodzi, aktywni, kompetentni, znający języki obce i od pierwszego dnia ciężko pracować.

Robert Biedroń naprawdę pani imponuje.

– Jego droga przypomina mi tę, jaką przeszedł Barack Obama.

O kurczę!

– No co? Jest dzisiaj częścią elity, ale sam się do niej wdarł. Mimo przeszkód, orientacji seksualnej, która nie przez wszystkich jest akceptowana. Wykonał ogromną pracę.

Ale Słupska za bardzo nie zmienił.

– Kiedy Robert Biedroń został tam prezydentem, dług miasta był tak duży, że nie mogło ono korzystać
z funduszy unijnych. Nie było grosza na wkład własny w inwestycje. On ten dług zmniejszył. Wprowadził parytet dla kobiet w spółkach miejskich. Ale Słupsk też mu coś dał. Uczynił go gospodarzem. Gdy był w Sejmie, nie dostrzegał drobnych, ale ważnych rzeczy. Teraz widzi, że w szkole trzeba wyremontować dach, w przedszkolu pomalować elewację, chodnik naprawić.

Robertowi było potrzebne to bycie prezydentem miasta, żeby zobaczyć problemy zwykłych ludzi. Nauczył się ich słuchać. Przekonał do siebie nawet kobiety z Radia Maryja, które organizowały modlitwy za jego nawrócenie.

Wystawił kanapę, żeby sobie wygodnie siedziały. Pamiętajmy, jak prowadził kampanię wyborczą. Chodził po mieście i rozmawiał z ludźmi.

Znowu podręcznik PR.

– Wszyscy wiedzą, że tak trzeba, ale ilu polityków tak robi?

Dużo ludzi do was przychodzi?

– Bardzo dużo, szczególnie młodych. Na naszych spotkaniach rozmawiamy o tym, czego chcemy, jaka ma być Polska, czego oczekujemy od polityków. Tworzymy struktury powiatowe, żeby w każdym mieście był jakiś koordynator Wiosny. Z każdym kandydatem rozmawiam o wartościach.

To znaczy?

– O roli obywatela w naszym państwie, o zapobieganiu różnego rodzaju wykluczeniom społecznym, o Unii Europejskiej, czy wciąż chcemy w niej być, czy chcemy rozdziału państwa od Kościoła. Sprawdzam, w jaki sposób ta osoba myśli o prawach kobiet, co sądzi o płaceniu alimentów, czy mają być np. ściągane jak podatki. Co uważa na temat prawa do aborcji. To temat, który szczególnie interesuje mężczyzn, oni mają najwięcej do powiedzenia na temat aborcji.

Zwykle są ojcami.

– Tak, tylko że to kobieta nosi dziecko. Ale nie mówię o tych, którzy są ojcami, tylko bardziej o duchowieństwie i politykach.

Księża nie zapisują się do Wiosny.

– Ale bywa, że są ojcami.

Czego się pani dowiedziała o naszym społeczeństwie w trakcie tych spotkań?

– Polacy są bardziej nowocześni, niż nam się wydaje. Jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani w sensie mentalnym, niż sądzą politycy. Chcą dalszej integracji Unii Europejskiej, popierają walkę o prawa kobiet, związki partnerskie.

A może to jest fałszywy obraz, bo jak zapraszamy do współpracy brunetki, to rude przecież nie przyjdą.

– Na nasze spotkania przychodzili naprawdę różni ludzie. Wniosek ogólny jest jeden: ludzie chcą czegoś innego, czekają na zmianę.

Dlaczego waszym przeciwnikiem jest PO, a nie PiS?

– Nie! Nie chcę tego tak sytuować, że ktoś jest naszym przeciwnikiem.

W polityce trzeba się określić. Są rywale, sojusznicy, wrogowie…

– PiS jest przeciwnikiem dla wszystkich innych partii i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Każdy
w Wiośnie sprzeciwia się temu, co PiS robi z Polską.

Ale nie tworzymy partii tylko dla jednego celu – żeby wygrać z PiS i odsunąć ich od władzy. Boję się, że ich miejsce może zająć ktoś o wiele gorszy.

Nie tylko w Polsce budzą się nacjonalizmy, dzieje się to w całej Unii Europejskiej. Mają pieniądze i narzędzia, są zorganizowani. Możemy się domyślać, kto ich wspiera. Komu zależy, żeby rozwalić Unię od środka.

PiS też Unii nie kocha.

– Wszystko, co robi PiS, służy interesom Wschodu, choć nie chcę wierzyć, że Jarosław Kaczyński robi to świadomie. Dlatego musimy nie tylko odsunąć go od władzy, ale jednocześnie spowodować – i to nasze największe wyzwanie – żeby ta połowa Polaków, która teraz w ogóle nie uczestniczy w życiu publicznym
i nie chodzi na wybory, wreszcie zaczęła myśleć o wspólnocie. Trzeba im dać ofertę współdziałania, realnego wpływu na politykę.

A jeśli oni tego nie chcą i marzą tylko, żeby mieć święty spokój?

– Tak myślą „starzy” politycy. Zwykle mówią swoim następcom: Nie obiecuj ludziom, że będziesz z nimi współdziałać, nie zapraszaj ich, bo oni tego nie chcą. Pragną tylko, żebyś ty rządził, a oni chcą mieć święty spokój. Ja się na to nie zgadzam. Jeśli nie zachęcimy ludzi do współkształtowania rzeczywistości, jeśli nie udowodnimy, że to jest możliwe, nic dobrego nas nie czeka.

A jeśli PiS zachowa swoje 38 proc. poparcia i będzie rządził przez kolejne cztery lata?

– Nie wierzę w to. Nie mówię tak dlatego, że jestem idealistką, nieodpowiedzialną i bujającą w obłokach. Naprawdę rozmawiam z ludźmi, wśród nich jest wielu, którzy głosowali na PiS.

Zmieniają zdanie?

– Tak.

To dlatego Biedroń mówi, że nie chce brać udziału w wojnie z PiS?

– Politycy toczący wojnę zapomnieli o zwykłych ludziach. PO miała stworzyć gabinet cieni, nie wyszło, nic się nie dzieje. Od dawna nie stworzyli projektu ustawy. Liczą się ambicje Tuska kontra ambicje Kaczyńskiego.

Pytamy o PiS, a pani mówi, że wredna jest Platforma.

– Nie mówię, że wredna.

Leniwa, nieruchawa…

– Nie użyłam ani jednego z tych epitetów. Jeszcze raz powtórzę, że dla mnie największym przeciwnikiem jest PiS i nie spocznę, dopóki ta partia nie straci władzy. Ludziom trzeba zaoferować pozytywną wizję Polski, i robić nowoczesną politykę.

Czyli jaką?

– Jak Justin Trudeau w Kanadzie. Pokazał, że się da. Trzeba tylko mieć dobry program.

Komentatorzy oceniają, że wasz program to tzw. pozytywny populizm.

– Współczesna demokracja stoi populizmem. Skoro już musi być populizm, to niech przynajmniej będzie radosny. To nie moje słowa, napisał to w „Gazecie Wyborczej” prof. Marcin Król, filozof, historyk idei, działacz opozycji w PRL-u.

I od czego zaczną ci „radośni populiści”, gdy zdobędą władzę?

– Natychmiast stworzymy komisję sprawiedliwości i pojednania. Wierzę, że wszyscy się na to zgodzą.

Pojednania z PiS-em?

– Nie chodzi o polityków, bo ich trzeba rozliczyć. Należy zadbać o ludzi. Niektórzy nie siadają już ze sobą do stołu wigilijnego, bo tak się nienawidzą. A my chcemy, żeby społeczeństwo w Polsce było znowu jednością. Komisja miałaby przede wszystkim opowiedzieć o tym, co się stało w ostatnich latach, wskazałaby ewidentne naruszenia prawa, złożyła raport i podpowiedziała, jak można naprawić instytucje, które zostały zepsute. I kogo postawić za to przed sądami. Rozliczenia muszą być, żeby w przyszłości nikt się nie odważył demontować państwa. Zawsze może przyjść ktoś gorszy od PiS i robić straszniejsze rzeczy.

Zmienicie konstytucję?

– Nasza konstytucja jest w porządku. Nie potrzebujemy nowej, choćby przez szacunek dla tysięcy osób, które stały pod sądami, pod Sejmem, Senatem, pod pałacem prezydenckim i jej broniły. Jeśli już, to można pomyśleć, jak wzmocnić niektóre jej zapisy, dołożyć nowe, skuteczne bezpieczniki, żeby już nikt nigdy nie mógł majstrować przy Trybunale Konstytucyjnym albo Krajowej Radzie Sądownictwa. Ale najpierw trzeba mieć trzy piąte głosów w Sejmie.

Dublerów trzeba wyrzucić?

– Tak, chociaż nie będzie to łatwe, bo nie chcemy stosować tych samych metod co PiS.

A prawa do małżeństw jednopłciowych?

– Artykuł 18 konstytucji ich nie zabrania. Przeszkodą na drodze do ich wprowadzenia jest wyłącznie mentalność polityków.

Konstytucja mówi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo
i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”.

– No właśnie. Konstytucja mówi, że związek mężczyzny i kobiety podlega szczególnej ochronie ze strony państwa. A to znaczy tylko tyle, że związki jednopłciowe takiej opieki nie będą miały. Tylko tyle i aż tyle. Konstytucja Hiszpanii też stanowi, że „mężczyzna i kobieta mogą zawrzeć związek małżeński”. Hiszpański sąd konstytucyjny stwierdził, że skoro mężczyzna może i kobieta może, to nie ma przeszkód, by związki małżeńskie zawiązywali mężczyźni i kobiety z sobą. Bo przecież mogą.

Kościół w Polsce nigdy się na to nie zgodzi.

– Wahadełko zgody społecznej na związki jednopłciowe już się przesuwa w drugą stronę. Kościół to widzi
i się boi, ale broni się bardzo nieudolnie.

Dlaczego?

– A jaka jest średnia wieku w episkopacie? W Polsce są młodzi, światli duchowni, którzy wiedzą, że trzeba inaczej prowadzić politykę Kościoła, trochę ustąpić, żeby nie zostać pochłoniętym jak w Hiszpanii czy Irlandii. Nie są słuchani.

Chcecie renegocjacji konkordatu.

– A chcemy! Myślę, że Watykan jest bardziej postępowy niż polski episkopat, przynajmniej jeśli chodzi
o papieża.

Dlaczego polski Kościół nie broni demokracji?

– Od trzech lat zadaję sobie to pytanie. Myślę, że upadek zaczął się w 1978 roku, od wyboru Karola Wojtyły na papieża. Kościół polski uwierzył, że to mesjański znak. Potwierdzenie z niebios, że będzie wielki, wspaniały, omnipotentny, a polscy księża mentalnie spoczęli na laurach. A potem przyszedł 1989 rok
i ponowne zachłyśnięcie się zwycięstwem. Kościół dalej nic nie robił, tylko brał, brał, brał…

Może wiernym się to podoba?

– Moi rodzice nie są religijni, a mimo to za komuny proboszcz przychodził do nas na kolędę. Rozmawiał
z moim tatą o polityce. Jak w stanie wojennym internowano mojego wujka, proboszcz, który miał syrenkę, zaproponował, że podwiezie ojca na widzenie do ośrodka internowania. Księdzu nie przeszkadzało, że moi rodzice nie chodzą do kościoła, traktował ich jak obywateli, partnerów. Jak trzeba było coś zrobić na plebanii, mój ojciec i wujek stawiali się do pracy. W latach 90. to się skończyło. Ten sam ksiądz zaczął mówić z ambony, na kogo warto głosować. Przestał odwiedzać moich rodziców, już mu nie pasowali.

Dzisiaj chyba żaden ksiądz – może są nieliczne wyjątki – nie powie z ambony, że Polska musi być w Unii Europejskiej, że konstytucja ma być przestrzegana. To jest nieszczęście, bo Kościół jest w Polsce potrzebny.

Amerykanie mają gabinety psychologiczne, a u nas ludzie mają konfesjonały. I jest wiele osób, które tego potrzebują, dla równowagi psychicznej, w małych miejscowościach, na wsi, gdzie wciąż wstyd by było iść do psychiatry.

I kobieta, którą mąż bije, słyszy w konfesjonale, że musi cierpieć…

– To prawda, mam klientki, które zostały pobite przez męża. Ustalamy, co trzeba zrobić, są bardzo zdeterminowane, potem kobieta idzie do spowiedzi i wszystko wycofuje. Tak, Kościół krzywdzi kobiety.

W Wiośnie macie parytety?

– W całej Polsce mamy 33 koordynatorów i 33 koordynatorki. W zarządzie parytet jest zaburzony, bo na pięć osób są tylko dwie kobiety. Zmienimy to. Na razie się organizujemy. Cieszę się, że jestem z tą partią. Po raz pierwszy w życiu znalazłam ugrupowanie, które w swoim programie ma wszystko to, o czym marzyłam przez te 51 już prawie lat. Proszę spojrzeć na nasze listy do Parlamentu Europejskiego – to najbardziej kobiece listy!

Jakie to są marzenia?

– O zrównoważonej Polsce, dla której centrum odniesienia jest człowiek i która nikogo nie zostawia z tyłu. Daje możliwość rozwoju każdemu, o Polsce równych szans, w której nie ma dyskryminacji, w której równość to nie tylko słowo. O Polsce, która jest członkinią Unii Europejskiej i w której zarabia się i płaci w euro. I niech to będzie Polska, która uchroni nas przed kolejną wojną, a nie jest to żadna mrzonka. Pokój nie jest dany raz na zawsze.

A czego by pani tej partii nie wybaczyła?

– Zdrady tych ideałów.

 

Fot. Grzegorz Celejewski (Agencja Gazeta)

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on print
Share on email

o autorce:

Gabriela Morawska-Stanecka

Gabriela Morawska-Stanecka

Adwokatka, działaczka społeczna, feministka, od zawsze zaangażowana w sprawy kobiet. Poprzez stronę My Kobiety i Prawo tłumaczy, jak ważne jest prawo, zarówno w codziennym życiu, jak i w walce o równość płci. Prywatnie matka dwóch córek oraz właścicielka Szanty i Froda – czekoladowych cocker spanieli angielskich.
Gabriela Morawska-Stanecka

Gabriela Morawska-Stanecka

Adwokatka, działaczka społeczna, feministka, od zawsze zaangażowana w sprawy kobiet. Poprzez stronę My Kobiety i Prawo tłumaczy, jak ważne jest prawo, zarówno w codziennym życiu, jak i w walce o równość płci. Prywatnie matka dwóch córek oraz właścicielka Szanty i Froda – czekoladowych cocker spanieli angielskich.

Dodaj komentarz

Close Menu